czwartek, 29 lipca 2010
Co za niesamowite miejsce!
Dzisiejszy sms od Agnieszki mówi, że nocują za zgodą mnicha pod gołym niebem w klasztorze Cminda Sameba pod Kazbekiem (nieczynny wulkan pow. 5000 m n.p.m). Jak wpisałem nazwę do google'a i zobaczyłem zdjęcia to stwierdziłem że nie ma tu o czym pisać. To trzeba po prostu zobaczyć! Co za miejsce, ja też chcę tam być!!!
wtorek, 27 lipca 2010
Relacja prosto z Tbilisi!
No to teraz moja kolej! A co! Ja tez umiem... chyba. Bedzie relacja na goraco. Od wczoraj jestesmy w Tibilisi, urzekająco piękne i calkowicie zmienia moje dotychczasowe zdanie o Gruzji. Chociaz nie obylo sie bez zaskoczenia. Bo Tibilisi nie wyglada na stolice. Raczej ogromna wioske z uliczkami pelnymi drewnianych domkow, poustwaianych jeden na drugim, z ganeczkami, schodkami, bramami i drzwiami, pelno winorosli. Dobrze musi byc tu we wrzesniu, jak juz te wszystkie winogrona dojrzeja. No i zycie toczy sie na ulicy. Starsze panie siedza sobie i gadaja, dzieciaki biegaja, no i w ogole je sie, spi, spotyka na podworkach. I nikt nie ma nic przeciwko zdjęciom.
Tbilisi
W przerwie między kolejnym podrozdziałem (jednym z ostatnich na szczęście) pracy mgr krótka informacja prosto z Gruzji. Tak jak się spodziewałem Gruzja rozkręciła się a Tbilisi to niezwykła stolica w której poza główną aleją i blokowiskami resztę zabudowy miejskiej stanowią drewniane domki z werandami i balkonami. Po przyjeździe dziewczyny ulokowały się w hostelu, a dzisiejszy dzień miały spędzić m. in. w muzeum etnograficznym i na bazarze.
Wcześniej było Kutaisi i niezwykłe skalne miasteczko Upliscyche, no a teraz po Tbilisi szykuje się wyjazd do Kachetii - regionu Gruzji z największą ilością winnic (a gruzińskie wino ponoć dobre i słodkie). Następne dwa dni natomiast zostały przeznaczone na gruzińską drogę wojenną i Kazbegi. Tyle chyba takiego suchego wpisu, ale po skleceniu prawie 30 stron w ciągu kilkudziesięciu godzin pisanie naprawdę jest ostatnią rzeczą na jaką mam teraz ochotę :)
Wcześniej było Kutaisi i niezwykłe skalne miasteczko Upliscyche, no a teraz po Tbilisi szykuje się wyjazd do Kachetii - regionu Gruzji z największą ilością winnic (a gruzińskie wino ponoć dobre i słodkie). Następne dwa dni natomiast zostały przeznaczone na gruzińską drogę wojenną i Kazbegi. Tyle chyba takiego suchego wpisu, ale po skleceniu prawie 30 stron w ciągu kilkudziesięciu godzin pisanie naprawdę jest ostatnią rzeczą na jaką mam teraz ochotę :)
sobota, 24 lipca 2010
Putin zastrzelił Kaczyńskiego zza krzaka
Taka właśnie niemalże oficjalna wersja wydarzeń ze Smoleńska obowiązuje w Gruzji. Gruzini ponoć współczują nam nieodżałowanej straty na każdym kroku i ten temat poruszany jest w każdej rozmowie. Teraz dziewczyny są w miejscowości Kutaisi, z której pochodzi znana piosenkarka Katie Melua (na której koncert w Poznaniu zresztą wybieramy się w listopadzie). Z Batumi do Kutaisi dojechały elektriczką.
Sama Gruzja na razie nie zachwyca ale rozkręca się. Batumi okazało się być postkomunistycznym miastem, placem budowy pozbawionym asfaltowych dróg za to pełnym śmieci. Dojazd do niego okazał się całkiem kłopotliwy ze względu na autobus z Turcji który wysadził dziewczyny na granicy i "miał czekać po drugiej stronie". Niestety ponieważ były jedynymi pasażerkami kierowca stwierdził że nie opłaca mu się jechać do Batumi i zawrócił sobie do Trabzonu. Do Batumi w padającym deszczu dziewczyny dojechały już miejskim autobusem (na szczęście to już niedaleko).
Nocleg w Batumi także był emocjonujący: kwatira polecona przez dworcowych taksówkarzy okazała się być rozpadającą się ruderą zamieszkałą przez całe mnóstwo różnych dziwnych osób. Komoda w pokoju pełna tajemniczych lekarstw a nad łóżkami, z których wystawały sprężyny na ścianie, był sobie fresk. Na domiar złego gospodyni wyjaśniła, że w sąsiednim pokoju śpi diediuszka "podłączony rurkami do plastikowych butelek". Cieszę się że dziewczyny już zmieniły otoczenie.
Na szczęście to co dalej w Gruzji, zapowiada się ciekawiej. Po Kutaisi następne powinno być Tbilisi (przypuszczam że w poniedziałek). Stamtąd liczę na obszerną relację którą na pewno się podzielę. Swoją drogą ciekawe czy jak w Gruzji smakuje chaczapuri. Muszę zapytać przy najbliższej okazji.
Sama Gruzja na razie nie zachwyca ale rozkręca się. Batumi okazało się być postkomunistycznym miastem, placem budowy pozbawionym asfaltowych dróg za to pełnym śmieci. Dojazd do niego okazał się całkiem kłopotliwy ze względu na autobus z Turcji który wysadził dziewczyny na granicy i "miał czekać po drugiej stronie". Niestety ponieważ były jedynymi pasażerkami kierowca stwierdził że nie opłaca mu się jechać do Batumi i zawrócił sobie do Trabzonu. Do Batumi w padającym deszczu dziewczyny dojechały już miejskim autobusem (na szczęście to już niedaleko).
Nocleg w Batumi także był emocjonujący: kwatira polecona przez dworcowych taksówkarzy okazała się być rozpadającą się ruderą zamieszkałą przez całe mnóstwo różnych dziwnych osób. Komoda w pokoju pełna tajemniczych lekarstw a nad łóżkami, z których wystawały sprężyny na ścianie, był sobie fresk. Na domiar złego gospodyni wyjaśniła, że w sąsiednim pokoju śpi diediuszka "podłączony rurkami do plastikowych butelek". Cieszę się że dziewczyny już zmieniły otoczenie.
Na szczęście to co dalej w Gruzji, zapowiada się ciekawiej. Po Kutaisi następne powinno być Tbilisi (przypuszczam że w poniedziałek). Stamtąd liczę na obszerną relację którą na pewno się podzielę. Swoją drogą ciekawe czy jak w Gruzji smakuje chaczapuri. Muszę zapytać przy najbliższej okazji.
piątek, 23 lipca 2010
Gruzja!
Już w Gruzji! Od razu zmienił się klimat, Batumi przywitało dziewczyny deszczem i wielkim portretem Stalina na dworcu. Niestety dalej nie mogę poczęstować zdjęciami, mam nadzieję że najpóźniej z Tbilisi otrzymam duży pakiet i zamiast pisania będę mógł przedstawić fotorelację. Zamiast tego poglądowa mapka Gruzji z zaznaczoną tradycyjnie "przypuszczalną trasą", którą oczywiście nie należy się sugerować bo na pewno okaże się zupełnie inna.
Do Batumi dziewczyny dojechały już we dwójkę, jak chwaliła się Aga po długich targach w siedmiu dworcowych biurach w których kupuje się bilety udało im się stargować bodajże z 25 lir na 19. Podróż miała trwać jakieś 5 godzin. Żal im było wyjeżdżać z Turcji, okazała się być przeciekawym i bardzo gościnnym krajem. Szczególnie pobyt w pozornie nieciekawym Trabzonie w "hotelu" u rumuńskiego księdza gdzie m.in. Aga uczyła angielskiego czasu Present Simple za pośrednictwem tłumaczenia z francuskiego na turecki (przez księdza) dwie Turczynki. Wydaje się że tak pewnie będzie z każdym krajem przy opuszczaniu go, przynajmniej mam nadzieję że tak będzie że rzeczywistość okaże się lepsza niż wyobrażenia.
Gruzja natomiast wydaje mi się w aktualnej sytuacji politycznej krajem który powinien być dla Polaków niezwykle przyjazny. Trzeba tylko dobrze nauczyć się dwóch kluczowych słów "Lech Kaczynski". Powinny otwierać wszystkie drzwi, może również do pałacu prezydenta Saakaszwiliego..
Tymczasem w Krakowie zebrałem już wszystko co potrzebne do syryjskiej wizy, w tym zdjęcia i zaświadczenie z pracy (tak jakby moim największym marzeniem było szukanie pracy w Syrii). Jedyny problem że przypuszczalnie trzeba będzie się pofatygować do Warszawy po tą wizę. Dziewczyny będą próbowały załatwić ją sobie w Tbilisi.
Tyle na dziś, kolejne newsy pewnie w weekend. Tymczasem zapraszamy na zaprzyjaźnionego bloga:
http://ja-nowa-milnova.blogspot.com/ (nigdy nie pamiętam gdzie jest "w" a gdzie "v")
Do Batumi dziewczyny dojechały już we dwójkę, jak chwaliła się Aga po długich targach w siedmiu dworcowych biurach w których kupuje się bilety udało im się stargować bodajże z 25 lir na 19. Podróż miała trwać jakieś 5 godzin. Żal im było wyjeżdżać z Turcji, okazała się być przeciekawym i bardzo gościnnym krajem. Szczególnie pobyt w pozornie nieciekawym Trabzonie w "hotelu" u rumuńskiego księdza gdzie m.in. Aga uczyła angielskiego czasu Present Simple za pośrednictwem tłumaczenia z francuskiego na turecki (przez księdza) dwie Turczynki. Wydaje się że tak pewnie będzie z każdym krajem przy opuszczaniu go, przynajmniej mam nadzieję że tak będzie że rzeczywistość okaże się lepsza niż wyobrażenia.
Gruzja natomiast wydaje mi się w aktualnej sytuacji politycznej krajem który powinien być dla Polaków niezwykle przyjazny. Trzeba tylko dobrze nauczyć się dwóch kluczowych słów "Lech Kaczynski". Powinny otwierać wszystkie drzwi, może również do pałacu prezydenta Saakaszwiliego..
Tymczasem w Krakowie zebrałem już wszystko co potrzebne do syryjskiej wizy, w tym zdjęcia i zaświadczenie z pracy (tak jakby moim największym marzeniem było szukanie pracy w Syrii). Jedyny problem że przypuszczalnie trzeba będzie się pofatygować do Warszawy po tą wizę. Dziewczyny będą próbowały załatwić ją sobie w Tbilisi.
Tyle na dziś, kolejne newsy pewnie w weekend. Tymczasem zapraszamy na zaprzyjaźnionego bloga:
http://ja-nowa-milnova.blogspot.com/ (nigdy nie pamiętam gdzie jest "w" a gdzie "v")
wtorek, 20 lipca 2010
Trabzon & sprostowania
Nadarzyła się pierwsza okazja żeby porozmawiać z Agnieszką na skypie, więc była też okazja do weryfikacji faktów których wcześniej musiałem się domyślać. Okazało się, że nieumyślnie wprowadzałem czytelników błąd bo dziewczyny są nie w Trabzonie tylko Trabzonowicach pod Grajewem.
Ok, aż tak nie. Niemniej okazało się że mylnie określiłem blondyna z brodą na jednym ze zdjęć we wpisie o Stambule "panem Markiem kierowcą TIR-a". Tymczasem obaj panowie to owi znajomi Ani którzy udają się do Iranu i z którymi dziewczyny podróżują nadal, dopiero w czwartek mają rozjechać się w swoje strony. Drugi błąd dotyczy mapki gdzie błędnie zaznaczyłem że były w Ankarze (ale tam usprawiedliwiłem się że to tylko moje przypuszczenie najbardziej prawdopodobnej wersji zdarzeń). Jak się okazało trasa biegła głównie wybrzeżem a Ankara została pominięta. No i trzecie: wcale nie są jeszcze w Gruzji, korzystają z uroków i luksusów Trabzonu a do Batumi wybierają się dopiero w czwartek (chociaż znowu mogę wprowadzać w błąd bo wg Agi dziś jest poniedziałek). Może ja lepiej nic nie będę pisał :)
W każdym razie przed ostatecznym wyjazdem z Trabzonu planowana jest wycieczka do położonego w górach klasztoru Sumela. Potem przez Rize do Batumi w Gruzji. Od momentu rozstania z chłopakami koniec z podróżami autostopem, choć taka forma jest kusząca bo w Turcji działa on ponoć doskonale - kierowcy zatrzymują się, częstują jedzeniem i czajem, biorą nawet 4 osoby do jednego auta, na pakę, wszystko jedno.
Dostałem jeszcze polecenie przekazania czym to w tej Turcji się raczą: otóż Aga poleca zupę (ciorbę) z soczewicy oraz lachmadzun czyli coś w rodzaju tureckiej pizzy. Kupiła też na bazarze zupełnie niepraktyczną rzecz do wożenia przez ponad miesiąc czyli... czajnik do czaju. Ponoć to już uzależnienie.
Tymczasem w Krakowie mam za sobą spotkania w trzech firmach-przypadkach do pracy magisterskiej. W tym celu byłem wczoraj w Ożarowie Mazowieckim i Łodzi, a dziś na rogatkach Ruczaju. No ale wreszcie mam wszystkie dane żeby skończyć w lipcu pisać, a wtedy będę mógł się w pełni poświęcić czytaniu o arabskich krajach. Mam nadzieję że od 7-go sierpnia wpisy na blogu będą już tylko po arabsku.
PS. Może jutro uda się wrzucić jakieś autentyczne zdjęcia.
Ok, aż tak nie. Niemniej okazało się że mylnie określiłem blondyna z brodą na jednym ze zdjęć we wpisie o Stambule "panem Markiem kierowcą TIR-a". Tymczasem obaj panowie to owi znajomi Ani którzy udają się do Iranu i z którymi dziewczyny podróżują nadal, dopiero w czwartek mają rozjechać się w swoje strony. Drugi błąd dotyczy mapki gdzie błędnie zaznaczyłem że były w Ankarze (ale tam usprawiedliwiłem się że to tylko moje przypuszczenie najbardziej prawdopodobnej wersji zdarzeń). Jak się okazało trasa biegła głównie wybrzeżem a Ankara została pominięta. No i trzecie: wcale nie są jeszcze w Gruzji, korzystają z uroków i luksusów Trabzonu a do Batumi wybierają się dopiero w czwartek (chociaż znowu mogę wprowadzać w błąd bo wg Agi dziś jest poniedziałek). Może ja lepiej nic nie będę pisał :)
W każdym razie przed ostatecznym wyjazdem z Trabzonu planowana jest wycieczka do położonego w górach klasztoru Sumela. Potem przez Rize do Batumi w Gruzji. Od momentu rozstania z chłopakami koniec z podróżami autostopem, choć taka forma jest kusząca bo w Turcji działa on ponoć doskonale - kierowcy zatrzymują się, częstują jedzeniem i czajem, biorą nawet 4 osoby do jednego auta, na pakę, wszystko jedno.
Dostałem jeszcze polecenie przekazania czym to w tej Turcji się raczą: otóż Aga poleca zupę (ciorbę) z soczewicy oraz lachmadzun czyli coś w rodzaju tureckiej pizzy. Kupiła też na bazarze zupełnie niepraktyczną rzecz do wożenia przez ponad miesiąc czyli... czajnik do czaju. Ponoć to już uzależnienie.
Tymczasem w Krakowie mam za sobą spotkania w trzech firmach-przypadkach do pracy magisterskiej. W tym celu byłem wczoraj w Ożarowie Mazowieckim i Łodzi, a dziś na rogatkach Ruczaju. No ale wreszcie mam wszystkie dane żeby skończyć w lipcu pisać, a wtedy będę mógł się w pełni poświęcić czytaniu o arabskich krajach. Mam nadzieję że od 7-go sierpnia wpisy na blogu będą już tylko po arabsku.
PS. Może jutro uda się wrzucić jakieś autentyczne zdjęcia.
niedziela, 18 lipca 2010
Dalej przez Turcję
Krótka informacja bo i treści zbyt dużo do mnie nie dotarło. Wszystko przebiega dobrze. Dziewczyny wczoraj opuściły pociągiem Stambuł, a obecnie stopem dotarły w okolice miasta Trabzon w północno-wschodniej Turcji. To około 1000 kilometrów! Dziś udało im się nawet zaliczyć kąpiel w Morzu Czarnym, czyli po turecku Kara Deniz. Mimo ograniczonych informacji patrząc na mapę mogę przypuszczać że już jutro będą chciały przekroczyć granicę gruzińską. Poglądowa mapka poniżej. Tym razem bez zdjęć i tak pozostanie aż do kolejnego miejsca z dostępem do internetu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









