W niedzielę niestety przegrałam zaklad. Nieważne już o co, ważna była stawka - Wojtek, w razie przegranej, miał robić poranną kawkę przez tydzień, a ja ugotować dwa obiady na życzenie. No i przynajmniej nareszcie będzie wątek kulinarny na blogu. Dziś podano: empanadas i sałatkę z pieczonej dyni z sosem z żurawiny.
A inspiracja pochodzi stąd:
http://stokolorowkuchni.blox.pl/2012/10/Salatka-z-pieczonej-dyni-razy-dwa.html
i stąd:
http://paulinka-to-ja.blogspot.com/2011/08/empanadas.html
Oczywiście przepisy zostały zmodyfikowane po mojemu - a jakże!
I poniżej z dumą prezentuję efekty:
środa, 16 stycznia 2013
sobota, 8 grudnia 2012
środa, 28 listopada 2012
Z powrotem
Wróciliśmy, po 37-godzinnej podróży jedyne o czym można myśleć, to o porządnym wyspaniu się.
Mamy nadzieję, że podobały Wam się nasze relacje. Może ktoś dzięki nim przekona się, że warto wybrać się na drugi koniec świata. Według nas zdecydowanie warto!
Mamy nadzieję, że podobały Wam się nasze relacje. Może ktoś dzięki nim przekona się, że warto wybrać się na drugi koniec świata. Według nas zdecydowanie warto!
niedziela, 25 listopada 2012
25.11 Hahei
Dzień leniuchowania! Ostatnie dni pobytu planowaliśmy się wygrzać
na Słońcu, za bardzo się nie przemieszczać i pożyć w luksusie. Udało się
doskonale.
Dziś był najcieplejszy dzień podczas naszego pobytu. Rano pojechaliśmy
na Hot Water Beach. Oboje nie jesteśmy zwolennikami leżenia na plaży, ale tu to
co innego – nuda nam nie groziła. Cała plaża wygląda trochę jak zbiorowa
obsesja: ogromna przestrzeń, piękna rozległa plaża, a wszyscy ściśnięci na
jednym, dość małym pasie lądu i małymi saperkami kopią zawzięcie. My też
mieliśmy saperkę i zabraliśmy się ochoczo do roboty. A wszystko dlatego, że pod
piaskiem można dokopać się do gorącej wody i zrobić sobie prywatny termalny
basen. Okazało się, że nie jest to takie proste – gorąca woda była tylko w
niektórych miejscach, w innych dogrzebywaliśmy się do zwykłej morskiej. Poza tym
ta gorąca woda miała jakieś 60 stopni, więc trzeba było tak kombinować, żeby
mieć w swoim dole dojście do obu źródeł. Zabawa jest przednia! Zwłaszcza, że
wszyscy dookoła robią dokładnie to samo.
Na plaży były niesamowite fale i można było skakać
przez nie, i rzucać się w morze, i fikać, i hasać do woli. A potem wygrzać się w
gorącym dołku na plaży.
Tak zeszło nam do wczesnego popołudnia – zaczął się przypływ
i zabawa skończyła – dołki zaczęło powoli zalewać morze. Trzeba było się
zbierać.
Dziś robiliśmy sobie nowozelandzki obiad – steka z jagnięciny z
kumarą, czyli tutejszym słodkim ziemniakiem. Plan był ambitny i nawet się
udało. A kumara pyszna – taki ziemniak, ale pomarańczowy
jak marchewka i tak też trochę smakuje.
Po południu poleźliśmy znowu na plażę – tym razem już w
Hahei i znowu się moczyliśmy w morzu i grzaliśmy na słońcu. Wojtek sobie spalił
łydki, a ja opaliłam plecy w fantazyjne wzory, za sprawą nierówno rozsmarowanego
kremu.
I tak nam minął dzień, jeszcze dla romantycznego akcentu
poszliśmy sobie na wzgórze, gdzie miały się zachować ślady maoryskiej osady
obronnej, na zachód Słońca.
Coraz bardziej nam smutno, ze już koniec wakacji, jutro
jeszcze tylko zwiedzanie Auckland i we wtorek samolot…
Wielkie kopanie na Hot Water Beach
ja ...
Hahei o zachodzie Słońca
sobota, 24 listopada 2012
24.11 Na Coromandel
Dziś mieliśmy przedostać się z położonej nad jeziorem
Rotorua miejscowości Ngongotahe do Hahei na półwyspie Coromandel, osiągając tym
samym najdalej na północ wysunięty punkt naszej nowozelandzkiej podróży. Pokonaliśmy
od Curio Bay na południowej wyspie aż 10 stopni szerokości geograficznej, a w
trakcie jazdy przekroczyliśmy 4000 przejechanych kilometrów. To na pewno
najbardziej niezwykłe wakacje jakie do tej pory mieliśmy i z jednej strony
szkoda, że dobiegają końca ale z drugiej będzie co wspominać. Poza tym to
jeszcze wcale nie koniec!
Niby zwykły dzień, wcale nie spodziewaliśmy się po nim
jakichś cudów, a jednak okazał się chyba najlepszym na wyspie północnej. Choć
zaczęło się mało ciekawie, gdyż w miejscowości o swojsko brzmiącej nazwie
Matamata nie udało nam się odnaleźć farmy na której znajduje się Hobbiton. Nie
zamierzaliśmy jej co prawda zwiedzać, ale fajnie byłoby ją chociaż zobaczyć.
Tymczasem w przeciwieństwie do Wellington w Matamata nie było choćby ćwierć
plakatu czy czegokolwiek świadczącego o zbliżającej się premierze Hobbita.
Następnym przystankiem na trasie był przełom Karangahake –
fascynujące miejsce słabo opisane w przewodnikach. Warto trochę pobuszować po Internecie
przed wyjazdem, bez tego sporo atrakcji by nas ominęło. W głębokim wąwozie otóż
mieściła się ogromna kopalnia złota z potężną infrastrukturą. Góry są tam
przeorane licznymi tunelami, wszędzie chodzi się po torach dawnych kolejek,
można z latarką odwiedzać podziemne korytarze, a to wszystko zupełnie za darmo
i utrzymane w świetnym stanie. Rafał Górzanowski byłby zachwycony pewnie nie
mniej niż my.
Po drodze do Hahei zatrzymaliśmy się w pierwszej nadmorskiej
miejscowości – Whangamata, gdzie pospacerowaliśmy chwilę na plaży i zrobiliśmy
zakupy. Niestety w Nowej Zelandii czym mniejsze miejscowości tym drastycznie
gorsze zaopatrzenie sklepów. Najbardziej nie lubimy sieci 4 Square która
opanowała miasta wielkości 5-20 tys. mieszkańców – to coś w stylu naszej Żabki,
drogo i mały wybór. W Whangamata nawet 4 Square nie było, ale coś tam udało się
kupić.
Koło trzeciej otarliśmy krętą drogą do Hahei, małej
miejscowości która latem zamienia się w kurort. Teraz przed sezonem nie ma tu
jeszcze tłumów, ale jako że spędzimy tu 2 najbliższe dni zrobiliśmy wcześniej
rezerwację. Mieszkamy w domku należącym do posesji „The Church”. Nie bez powodu
– głównym jej elementem jest 100-letni kościół metodystów przeniesiony ze
środkowej części wyspy w celu urządzenia w nim… restauracji. Niektóre okna w
naszym domku to dawne okna kościelne. Jest bardzo wygodnie, wręcz luksusowo.
Pod wieczór poszliśmy na spacer plażą do słynnego Cathedral
Cove, czyli formacji skalnej przypominającej nieco gotycką katedrę. I właśnie
chyba plaża, klify i skalne wysepki podobały nam się tego dnia najbardziej.
Jutro raczej leniuchujemy, wybieramy się tylko do sąsiedniej
wioski o znamiennej nazwie Hot Water Beach.
przełom Karangahake
The Church - w środku restauracja
plaża w Hahei
klify półwyspu Coromandel
Cathedral Cove
piątek, 23 listopada 2012
23.11 Dzień zgniłego jaja - Rotorua
Nocleg na darmowym kempingu był bardzo przyjemny, przede
wszystkim noce na Północnej Wyspie są znacznie cieplejsze, więc wysypiamy się
za wszystkie czasy (dzisiaj prawie 11 godzin).
Zebraliśmy się szybko i ruszyliśmy dalej drogą nr 5 o nazwie
„Thermal Explorers Highway”, spodziewając się największych do tej pory atrakcji
geotermalnych.
Pierwszy postój był jakieś 20 km przed Rotorua – zjechaliśmy około
2 km żwirową drogą i dotarliśmy do gorącego strumienia, który wyczaił Wojtek na
jakiejś stronie internetowej. Strumień nie jest w żaden sposób oznaczony jak
większość znaczących atrakcji Nowej Zelandii, ale to był hit! Woda miała jakieś
czterdzieści stopni, bulgotała i było tam kilka niewielkich wodospadów. Śmierdziało
zgniłym jajem i ten zapach towarzyszył nam też później w Rotorua. W strumieniu
moczyli się raczej lokalni Nowozelandczycy (Maorysi) i kilku turystów. Kiedy się
pluskaliśmy wesoło, przyszła cała drużyna rugby, wymoczyć się przypuszczalnie po
treningu. Zastanawialiśmy się czy to lokalna liga, czy jakaś bardziej znana
drużyna, ale tego się już nie dowiemy.
Koło południa dotarliśmy do Rotorua,
które jest dość sporym miastem jak na Nową Zelandię (jakieś 70 tys mieszkańców)
i jest jednym z najpopularniejszych kurortów (mimo smrodu). Dlatego tez jest to
dość komercyjna miejscowość i wszystkie największe atrakcje są płatne. My
wybraliśmy park geotermalny o nazwie Te Puia, który jest też dużym centrum
maoryskiej kultury (w Rotorua Maorysi to jakieś 30% mieszkańców). No i można tam zobaczyć kilkunastometrowy gejzer, który wybucha około 20 razy na dobę, więc szanse były spore.
Faktycznie park robi duże wrażenie – takich geologicznych
wybryków natury jeszcze nie widzieliśmy – bulgoczące błota, dymiące jeziorka,
śmierdzące potoki z wrzątkiem, zielonkawo – żółty osad na skałach no i gejzer
Pohutu, który faktycznie wybuchł. W parku odbywają się też pokazy maoryskich
tańców i tradycji oraz gotowanie hangi (posiłek przygotowywany w gorącej ziemi albo w dołku z gorącymi kamieniami - trochę mi to przypomina nasze prażone). Na te atrakcje się nie skusiliśmy, bo to
strasznie komercyjne przedsięwzięcie i drogie.
Udaliśmy się za to na spacer po centrum i parku
uzdrowiskowym - taki klimat jak w każdym
uzdrowisku, tylko z egzotycznymi rzeźbami i roślinami.
Na nocleg pojechaliśmy do sąsiedniej, małej miejscowości na północ Rotorua na
kemping (kolejne znalezisko Wojtka),
położony nad niedużym strumieniem. Bardzo tu jest przyjemnie i są darmowe
kajaki - pływaliśmy, trochę się zmoczyliśmy
i bardzo nam się podoba. Szkoda, że jeszcze tylko trzy dni zostały do końca
wakacji…
22.11 Mordor
Wieczorem poprzedniego dnia uznaliśmy, że nie możemy tak po
prostu zostawić trzech największych wulkanów w tyle i pojechać dalej. Skoro
została zamknięta trasa prowadząca na Tongariro, pojedziemy tam gdzie trasy są
nadal otwarte, czyli do wioski Whakapapa pod wulkanem Ruapehu.
Rano więc upewniliśmy się tylko szybko czy sytuacja nie
pogorszyła się i ruszyliśmy wzdłuż jeziora na południe. Po około 60 kilometrach
zaczęliśmy się wspinać na płaskowyż wulkaniczny i wkrótce odsłoniły się kratery
Tongariro oraz idealny stożek Ngauruhoe, czyli znanej z Władcy Pierścienia Góry
Przeznaczenia.
Przed wioską Whakapapa odsłonił się również częściowo wulkan
Ruapehu – najwyższy z nich (2797 m.n.p.m.) i chyba też najwyższy szczyt wyspy
północnej. Niestety sam rozczłonkowany wierzchołek był wtedy jeszcze w
chmurach. Chmury nad Tongariro wyglądały trochę tak, jakby wydobywały się z
niego ale to już nie był taki ewidentnie czarny obłok jak wczoraj.
Whakapapa to osada typowo turystyczna, która głównie żyje w
zimie gdyż na stokach Ruapehu, 6 km powyżej, działa ogromny kompleks
narciarski. W lecie można stąd wyjść na kilka tras, m.in. stąd rusza Tongariro
Northern Circuit którego częścią jest Tongariro Alpine Crossing – zamknięty w
skutek erupcji 1-dniowy szlak który jeszcze wczoraj zamierzaliśmy przejść.
My przeszliśmy się krótkim szlakiem do Silica Rapids –
potoku który drążąc sobie drogę przez skały pochodzenia wulkanicznego tworzy
bardzo ciekawe formy. Same skały zaś mają bardzo dziwny, żółtawy kolor. Atutem
tego szlaku były wspaniałe widoki na wszystkie 3 wulkany oraz niesamowity
krajobraz – istny Mordor. Faktycznie zresztą te okolice były scenerią dla
Władcy Pierścienia.
Zamierzaliśmy jeszcze przejść drugi krótki szlak – do wodospadów
Taranaki, jednak pogoda trochę się popsuła, a poza tym zauważyliśmy na jednej z
map że w okolicach miejscowości Rauhimu linia kolejowa tworzy niesamowitą
strukturę. Postanowiliśmy się tam czym prędzej udać, było to raptem 15
kilometrów od Whakapapa.
Niestety było to duże rozczarowanie – oczywiście niesamowita
spirala i trzy tunele kolejowe istniały, ale w żaden sposób nie dało się ich w zalesionym
terenie dostrzec.
Po powrocie do Taupo pozostała nam jeszcze jedna atrakcja –
Spa Thermal Park, czyli niby zwykły park miejski, a jednak niezwykły. Mieliśmy
okazję wykąpać się u ujścia strumienia do rzeki Waikato. Dlaczego tam? Bo w tym
miejscu woda ze strumienia o temperaturze około 50 stopni łączy się z wodą
rzeki o temperaturze koło 10 stopni. To było naprawdę jedyne w swoim rodzaju
uczucie leżeć w mieszającej się tak skrajnie gorącej i zimnej wodzie. Do samego
strumienia ciężko nawet wsadzić rękę, bo po chwili zaczyna parzyć. A w tym
jednym miejscu było wręcz idealnie.
Na nocleg udaliśmy się tym razem nie do Holiday parku, ale
na bezpłatny kemping położony nad brzegiem Waikato kilka kilometrów od centrum.
Okazał się być całkiem popularny, ale zarazem bardzo przyjemny.
Na koniec jeszcze jedna i ostatnia ptasia zagadka – wyspa
północna jest uboższa w ciekawe stworzenia niż południowa, więc tym zdjęciem
cofniemy się do parku Abela Tasmana. Kto pierwszy zgadnie jaki ptak ociągał się
z opuszczeniem jezdni również może liczyć na nowozelandzką niespodziankę :)
Odpowiedzi na facebooku lub jako komentarz na blogu.
co się tak dymi z Mt Tongariro?
Góra Przeznaczenia
Mt Ruapehu - najwyższy z wulkanów
tam z tyłu w lesie jest właśnie takie coś jak na makiecie
szkoda, że nie jechaliśmy w nocy
a teraz zagadka - co to za ptak tak wolno ucieka?
Subskrybuj:
Posty (Atom)