środa, 28 listopada 2012

Z powrotem

Wróciliśmy, po 37-godzinnej podróży jedyne o czym można myśleć, to o porządnym wyspaniu się.

Mamy nadzieję, że podobały Wam się nasze relacje. Może ktoś dzięki nim przekona się, że warto wybrać się na drugi koniec świata. Według nas zdecydowanie warto!

niedziela, 25 listopada 2012

25.11 Hahei


Dzień leniuchowania! Ostatnie dni pobytu planowaliśmy się wygrzać na Słońcu, za bardzo się nie przemieszczać i pożyć w luksusie. Udało się doskonale. 
Dziś był najcieplejszy dzień podczas naszego pobytu. Rano pojechaliśmy na Hot Water Beach. Oboje nie jesteśmy zwolennikami leżenia na plaży, ale tu to co innego – nuda nam nie groziła. Cała plaża wygląda trochę jak zbiorowa obsesja: ogromna przestrzeń, piękna rozległa plaża, a wszyscy ściśnięci na jednym, dość małym pasie lądu i małymi saperkami kopią zawzięcie. My też mieliśmy saperkę i zabraliśmy się ochoczo do roboty. A wszystko dlatego, że pod piaskiem można dokopać się do gorącej wody i zrobić sobie prywatny termalny basen. Okazało się, że nie jest to takie proste – gorąca woda była tylko w niektórych miejscach, w innych dogrzebywaliśmy się do zwykłej morskiej. Poza tym ta gorąca woda miała jakieś 60 stopni, więc trzeba było tak kombinować, żeby mieć w swoim dole dojście do obu źródeł. Zabawa jest przednia! Zwłaszcza, że wszyscy dookoła robią dokładnie to samo.

Na plaży były niesamowite fale i można było skakać przez nie, i rzucać się w morze, i fikać, i hasać do woli. A potem wygrzać się w gorącym dołku na plaży.
Tak zeszło nam do wczesnego popołudnia – zaczął się przypływ i zabawa skończyła – dołki zaczęło powoli zalewać morze. Trzeba było się zbierać. 

Dziś robiliśmy sobie nowozelandzki obiad – steka z jagnięciny z kumarą, czyli tutejszym słodkim ziemniakiem. Plan był ambitny i nawet się udało. A kumara pyszna – taki ziemniak, ale pomarańczowy jak marchewka i tak też trochę smakuje.

Po południu poleźliśmy znowu na plażę – tym razem już w Hahei i znowu się moczyliśmy w morzu i grzaliśmy na słońcu. Wojtek sobie spalił łydki, a ja opaliłam plecy w fantazyjne wzory, za sprawą nierówno rozsmarowanego kremu.

I tak nam minął dzień, jeszcze dla romantycznego akcentu poszliśmy sobie na wzgórze, gdzie miały się zachować ślady maoryskiej osady obronnej, na zachód Słońca.

Coraz bardziej nam smutno, ze już koniec wakacji, jutro jeszcze tylko zwiedzanie Auckland i we wtorek samolot…


Wielkie kopanie na Hot Water Beach

 ja ...

 ... i pogromca fal

Hahei o zachodzie Słońca



sobota, 24 listopada 2012

24.11 Na Coromandel


Dziś mieliśmy przedostać się z położonej nad jeziorem Rotorua miejscowości Ngongotahe do Hahei na półwyspie Coromandel, osiągając tym samym najdalej na północ wysunięty punkt naszej nowozelandzkiej podróży. Pokonaliśmy od Curio Bay na południowej wyspie aż 10 stopni szerokości geograficznej, a w trakcie jazdy przekroczyliśmy 4000 przejechanych kilometrów. To na pewno najbardziej niezwykłe wakacje jakie do tej pory mieliśmy i z jednej strony szkoda, że dobiegają końca ale z drugiej będzie co wspominać. Poza tym to jeszcze wcale nie koniec!

Niby zwykły dzień, wcale nie spodziewaliśmy się po nim jakichś cudów, a jednak okazał się chyba najlepszym na wyspie północnej. Choć zaczęło się mało ciekawie, gdyż w miejscowości o swojsko brzmiącej nazwie Matamata nie udało nam się odnaleźć farmy na której znajduje się Hobbiton. Nie zamierzaliśmy jej co prawda zwiedzać, ale fajnie byłoby ją chociaż zobaczyć. Tymczasem w przeciwieństwie do Wellington w Matamata nie było choćby ćwierć plakatu czy czegokolwiek świadczącego o zbliżającej się premierze Hobbita.

Następnym przystankiem na trasie był przełom Karangahake – fascynujące miejsce słabo opisane w przewodnikach. Warto trochę pobuszować po Internecie przed wyjazdem, bez tego sporo atrakcji by nas ominęło. W głębokim wąwozie otóż mieściła się ogromna kopalnia złota z potężną infrastrukturą. Góry są tam przeorane licznymi tunelami, wszędzie chodzi się po torach dawnych kolejek, można z latarką odwiedzać podziemne korytarze, a to wszystko zupełnie za darmo i utrzymane w świetnym stanie. Rafał Górzanowski byłby zachwycony pewnie nie mniej niż my.

Po drodze do Hahei zatrzymaliśmy się w pierwszej nadmorskiej miejscowości – Whangamata, gdzie pospacerowaliśmy chwilę na plaży i zrobiliśmy zakupy. Niestety w Nowej Zelandii czym mniejsze miejscowości tym drastycznie gorsze zaopatrzenie sklepów. Najbardziej nie lubimy sieci 4 Square która opanowała miasta wielkości 5-20 tys. mieszkańców – to coś w stylu naszej Żabki, drogo i mały wybór. W Whangamata nawet 4 Square nie było, ale coś tam udało się kupić.

Koło trzeciej otarliśmy krętą drogą do Hahei, małej miejscowości która latem zamienia się w kurort. Teraz przed sezonem nie ma tu jeszcze tłumów, ale jako że spędzimy tu 2 najbliższe dni zrobiliśmy wcześniej rezerwację. Mieszkamy w domku należącym do posesji „The Church”. Nie bez powodu – głównym jej elementem jest 100-letni kościół metodystów przeniesiony ze środkowej części wyspy w celu urządzenia w nim… restauracji. Niektóre okna w naszym domku to dawne okna kościelne. Jest bardzo wygodnie, wręcz luksusowo.

Pod wieczór poszliśmy na spacer plażą do słynnego Cathedral Cove, czyli formacji skalnej przypominającej nieco gotycką katedrę. I właśnie chyba plaża, klify i skalne wysepki podobały nam się tego dnia najbardziej.
Jutro raczej leniuchujemy, wybieramy się tylko do sąsiedniej wioski o znamiennej nazwie Hot Water Beach.


przełom Karangahake


The Church - w środku restauracja


plaża w Hahei


klify półwyspu Coromandel


Cathedral Cove

piątek, 23 listopada 2012

23.11 Dzień zgniłego jaja - Rotorua


Nocleg na darmowym kempingu był bardzo przyjemny, przede wszystkim noce na Północnej Wyspie są znacznie cieplejsze, więc wysypiamy się za wszystkie czasy (dzisiaj prawie 11 godzin).
Zebraliśmy się szybko i ruszyliśmy dalej drogą nr 5 o nazwie „Thermal Explorers Highway”, spodziewając się największych do tej pory atrakcji geotermalnych.

 Pierwszy postój był jakieś 20 km przed Rotorua – zjechaliśmy około 2 km żwirową drogą i dotarliśmy do gorącego strumienia, który wyczaił Wojtek na jakiejś stronie internetowej. Strumień nie jest w żaden sposób oznaczony jak większość znaczących atrakcji Nowej Zelandii, ale to był hit! Woda miała jakieś czterdzieści stopni, bulgotała i było tam kilka niewielkich wodospadów. Śmierdziało zgniłym jajem i ten zapach towarzyszył nam też później w Rotorua. W strumieniu moczyli się raczej lokalni Nowozelandczycy (Maorysi) i kilku turystów. Kiedy się pluskaliśmy wesoło, przyszła cała drużyna rugby, wymoczyć się przypuszczalnie po treningu. Zastanawialiśmy się czy to lokalna liga, czy jakaś bardziej znana drużyna, ale tego się już nie dowiemy. 

Koło południa dotarliśmy do Rotorua, które jest dość sporym miastem jak na Nową Zelandię (jakieś 70 tys mieszkańców) i jest jednym z najpopularniejszych kurortów (mimo smrodu). Dlatego tez jest to dość komercyjna miejscowość i wszystkie największe atrakcje są płatne. My wybraliśmy park geotermalny o nazwie Te Puia, który jest też dużym centrum maoryskiej kultury (w Rotorua Maorysi to jakieś 30% mieszkańców). No i można tam zobaczyć kilkunastometrowy gejzer, który wybucha około 20 razy na dobę, więc szanse były spore.
Faktycznie park robi duże wrażenie – takich geologicznych wybryków natury jeszcze nie widzieliśmy – bulgoczące błota, dymiące jeziorka, śmierdzące potoki z wrzątkiem, zielonkawo – żółty osad na skałach no i gejzer Pohutu, który faktycznie wybuchł. W parku odbywają się też pokazy maoryskich tańców i tradycji oraz gotowanie hangi (posiłek przygotowywany w gorącej ziemi albo w dołku z gorącymi kamieniami - trochę mi to przypomina nasze prażone). Na te atrakcje się nie skusiliśmy, bo to strasznie komercyjne przedsięwzięcie i drogie.
Udaliśmy się za to na spacer po centrum i parku uzdrowiskowym  - taki klimat jak w każdym uzdrowisku, tylko z egzotycznymi rzeźbami i roślinami.

Na nocleg pojechaliśmy do sąsiedniej, małej  miejscowości na północ Rotorua na kemping  (kolejne znalezisko Wojtka), położony nad niedużym strumieniem. Bardzo tu jest przyjemnie i są darmowe kajaki  - pływaliśmy, trochę się zmoczyliśmy i bardzo nam się podoba. Szkoda, że jeszcze tylko trzy dni zostały do końca wakacji…



22.11 Mordor


Wieczorem poprzedniego dnia uznaliśmy, że nie możemy tak po prostu zostawić trzech największych wulkanów w tyle i pojechać dalej. Skoro została zamknięta trasa prowadząca na Tongariro, pojedziemy tam gdzie trasy są nadal otwarte, czyli do wioski Whakapapa pod wulkanem Ruapehu.

Rano więc upewniliśmy się tylko szybko czy sytuacja nie pogorszyła się i ruszyliśmy wzdłuż jeziora na południe. Po około 60 kilometrach zaczęliśmy się wspinać na płaskowyż wulkaniczny i wkrótce odsłoniły się kratery Tongariro oraz idealny stożek Ngauruhoe, czyli znanej z Władcy Pierścienia Góry Przeznaczenia.
Przed wioską Whakapapa odsłonił się również częściowo wulkan Ruapehu – najwyższy z nich (2797 m.n.p.m.) i chyba też najwyższy szczyt wyspy północnej. Niestety sam rozczłonkowany wierzchołek był wtedy jeszcze w chmurach. Chmury nad Tongariro wyglądały trochę tak, jakby wydobywały się z niego ale to już nie był taki ewidentnie czarny obłok jak wczoraj.

Whakapapa to osada typowo turystyczna, która głównie żyje w zimie gdyż na stokach Ruapehu, 6 km powyżej, działa ogromny kompleks narciarski. W lecie można stąd wyjść na kilka tras, m.in. stąd rusza Tongariro Northern Circuit którego częścią jest Tongariro Alpine Crossing – zamknięty w skutek erupcji 1-dniowy szlak który jeszcze wczoraj zamierzaliśmy przejść.

My przeszliśmy się krótkim szlakiem do Silica Rapids – potoku który drążąc sobie drogę przez skały pochodzenia wulkanicznego tworzy bardzo ciekawe formy. Same skały zaś mają bardzo dziwny, żółtawy kolor. Atutem tego szlaku były wspaniałe widoki na wszystkie 3 wulkany oraz niesamowity krajobraz – istny Mordor. Faktycznie zresztą te okolice były scenerią dla Władcy Pierścienia.

Zamierzaliśmy jeszcze przejść drugi krótki szlak – do wodospadów Taranaki, jednak pogoda trochę się popsuła, a poza tym zauważyliśmy na jednej z map że w okolicach miejscowości Rauhimu linia kolejowa tworzy niesamowitą strukturę. Postanowiliśmy się tam czym prędzej udać, było to raptem 15 kilometrów od Whakapapa.

Niestety było to duże rozczarowanie – oczywiście niesamowita spirala i trzy tunele kolejowe istniały, ale w żaden sposób nie dało się ich w zalesionym terenie dostrzec.

Po powrocie do Taupo pozostała nam jeszcze jedna atrakcja – Spa Thermal Park, czyli niby zwykły park miejski, a jednak niezwykły. Mieliśmy okazję wykąpać się u ujścia strumienia do rzeki Waikato. Dlaczego tam? Bo w tym miejscu woda ze strumienia o temperaturze około 50 stopni łączy się z wodą rzeki o temperaturze koło 10 stopni. To było naprawdę jedyne w swoim rodzaju uczucie leżeć w mieszającej się tak skrajnie gorącej i zimnej wodzie. Do samego strumienia ciężko nawet wsadzić rękę, bo po chwili zaczyna parzyć. A w tym jednym miejscu było wręcz idealnie.

Na nocleg udaliśmy się tym razem nie do Holiday parku, ale na bezpłatny kemping położony nad brzegiem Waikato kilka kilometrów od centrum. Okazał się być całkiem popularny, ale zarazem bardzo przyjemny.


Na koniec jeszcze jedna i ostatnia ptasia zagadka – wyspa północna jest uboższa w ciekawe stworzenia niż południowa, więc tym zdjęciem cofniemy się do parku Abela Tasmana. Kto pierwszy zgadnie jaki ptak ociągał się z opuszczeniem jezdni również może liczyć na nowozelandzką niespodziankę :) Odpowiedzi na facebooku lub jako komentarz na blogu.



co się tak dymi z Mt Tongariro?


Góra Przeznaczenia


Mt Ruapehu - najwyższy z wulkanów


tam z tyłu w lesie jest właśnie takie coś jak na makiecie


szkoda, że nie jechaliśmy w nocy


a teraz zagadka - co to za ptak tak wolno ucieka?

środa, 21 listopada 2012

21.11 Napier - Taupo


Wyruszyliśmy z Napier przed 10-tą. W planie mieliśmy na dziś dotarcie do jeziora Taupo, spędzenie tam dnia, a wieczorem dotarcie do wioski pod parkiem narodowym wulkanów Tongariro. Przy dobrej pogodzie, przyzwoitej drodze i ładnych widokach 150 kilometrów minęło nam całkiem szybko.

Po dotarciu do miasta Taupo postanowiliśmy na początek popłynąć na krótki rejs motorową żaglówką do zatoczki, w której można obejrzeć maoryskie rzeźby. Jak się okazało po przybyciu do przystani, byliśmy jedynymi pasażerami. Mieliśmy zatem prywatny rejs.

Zaraz po wypłynięciu o 13:30 nasz kapitan David zwrócił uwagę na dziwną czarną chmurę nad górami po drugiej stronie jeziora. Powiedział „hej, gdyby ktoś mnie zapytał to bym powiedział że wulkan właśnie wybuchł”. Powtórzył to jeszcze parę razy do kogoś przez telefon i dopiero wtedy dotarło do nas, że nie żartował. Faktycznie byliśmy świadkami pierwszej od trzech miesięcy erupcji wulkanu Tongariro. Będąc w prostej linii jakieś 50 kilometrów od niego oczywiście czuliśmy się zupełnie bezpiecznie, jednak dotarło do nas że przypuszczalnie zmusi nas to do usunięcia z planów najważniejszego punktu w programie naszego pobytu na północnej wyspie.

Rejs minął w przyjemnej atmosferze, podziwialiśmy widok ogromnego jeziora (które zresztą również powstało na skutek olbrzymiego wybuchu wulkanu wiele tysięcy lat temu) oraz obłoki popiołu unoszące się coraz wyżej nad Tongariro. Przy maoryskich rzeźbach zatrzymaliśmy się na chwilę żeby zrobić zdjęcia, dostaliśmy też darmową lampkę wina i piwo.

Po powrocie do przystani udaliśmy się do informacji, gdzie dowiedzieliśmy się, że faktycznie miała miejsce niewielka erupcja gazów i popiołu. Co prawda trasa nie jest uszkodzona, ale ze względów bezpieczeństwa będzie zamknięta przez 2 kolejne dni. Aktualnie więc zastanawiamy się co zrobić z niespodziewanym dodatkowym dniem.

Pod wieczór podjechaliśmy jeszcze zobaczyć imponujące wodospady Huka Falls na rzece Waikato – najdłuższej w Nowej Zelandii. Rzeka wypływa z jeziora Taupo i liczy sobie 415 kilometrów. Tuż za jeziorem formuje niewysoki, ale za to bardzo wzburzony wodospad. Sfotografowaliśmy go ze wszystkich stron i wróciliśmy na miejsce noclegu w Taupo.


Wulkan Tongariro chwilę po wybuchu - wyrzuca z siebie chmury popiołu


Maoryskie rzeźby - nie są takie stare, powstały 32 lata temu


wodospad Huka Falls