wtorek, 31 sierpnia 2010

Wracamy

Juz za kilka godzin ruszamy na lotnisko w Ammanie i przez Ryge i Warszawe wracamy do Krakowa. O Jordanii nie bylo okazji napisac, ale choc wydaje nam sie wciaz mniej ciekawa niz Syria, miejsca ktore tu widzielismy sa najlepsze podczas calego wyjazdu. Petra, unoszenie sie na Morzu Martwym, ogladanie korali w Morzu Czerwonym, ruiny w Jerash. No i 4 noce w Ammanie, mozliwe ze najbardziej nudnej stolicy swiata.

sobota, 21 sierpnia 2010

Tydzien w trojke


No to od tygodnia jestesmy juz we trojke. A od czterech dni w Syrii. Zdjecie zrobilismy wczoraj w Palmirze. A zanim tam dotarlsmy byllismy trzy dni w Hamie, skad wybralismy sie do Krak des Chevalliers. W Libanie robiloismy sobie jednodniowe wypady z Bejrutu, gdzie trafilismy do niezlego hotelu z noclegiem na dachu. W ogole mamy za soba juz szesc noclegow dachach Bejrutu i HAmy, a przed nami kolejne - w Damaszku.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Syria

Test: w Syrii nie da sie ogladac blogow, ale da sie je pisac. Nie ma tez facebooka i Youtuba. Nawet jak to napisze to nie bede wiedzial czy udalo sie opublikowac :)

piątek, 13 sierpnia 2010

W drogę

Plecak jest podejrzanie lekki ale może taki właśnie ma być i wcale nie oznacza to że zapomniałem pięćdziesięciu różnych rzeczy. W każdym razie jutro z samego rana ruszam pociągiem do Warszawy, potem na lotnisko, samolotem do Rygi (odprawiłem się elektronicznie oszczędzając w ten sposób 5 euro) no i do Bejrutu. Chwilę po północy, właściwie już 15 sierpnia będę na miejscu. No i mam nadzieję że chwilę później gdzieś jakoś się spotkamy. Lekki stres jest, pewnie w nocy się obudzę kilka razy, poza tym dziwnie tak dolatywać samemu. Mam nadzieję że dziewczyny już po arabsku potrafią wynegocjować dziesięciokrotnie niższą cenę taksówki z lotniska :)


One do Bejrutu dotrą dopiero jutro, z ostatnich dość skąpych informacji (bo już dostępu do internetu nie miały) wiem że po wyjeździe z Aleppo były w nadmorskim mieście Latakia (też w Syrii). Ale nastroje bardzo dobre, przynajmniej wnioskując z smsów. Dopiero na miejscu dowiem się czy to wszystko co tu pisałem przez ostatni miesiąc miało cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.


Częstotliwość publikacji na blogu na pewno mocno spadnie, ale postaramy się by nie spadła do zera :) Przy najbliższej dogodnej okazji jakaś krótka notka na pewno się pojawi. Póki co ila allekaLa ilaha illa Allah Muhammad rasulullah

wtorek, 10 sierpnia 2010

See(r)ya soon (strasznie głupi tytuł)

Trudno powiedzieć czy to szybko zleciało czy nie, w każdym razie już za 4 dni o tej porze będę w samolocie, mniej więcej w połowie drogi między Rygą a Bejrutem. Powoli zaczynam czuć bliskość wyjazdu, choćby poprzez to że stworzyłem listę rzeczy do spakowania (na pewno niekompletną) czy nagromadzenie różnych dziwnych rzeczy które do tej pory były mi do życia zbędne (np. krem z filtrem UV 50, alfabet arabski czy lniany kapelusz).

No ale z ważniejszych spraw: dziewczyny są już w Syrii. Po 3-dniowej, strasznie męczącej i skomplikowanej przeprawie z Armenii przez Gruzję i Turcję dotarły wczoraj późnym wieczorem do Aleppo. Okazało się zatem że da się dostać syryjską wizę na granicy, całe szczęście. Teraz parę dni w Syrii i 14-go widzimy się w Bejrucie :)

A jak tam ogólnie jest to widać na załączonym obrazku.

sobota, 7 sierpnia 2010

Ku południowi




Wczoraj rozpoczęła się kolejna długa podróż. Po wizycie w Armenii kolejnym państwem jest Syria, ale przez skomplikowaną historię i sytuację turecko-ormiańską nie da się dojechać tam tak łatwo. Dziewczyny muszą właściwie pokonać z powrotem całą swoją trasę aż w rejon Trabzonu, odwiedzając po drodze Gruzję (wczoraj były w miejscowości Achalcyche). Dziś przez Batumi i port Hopa dostaną się do Turcji, a już jutro czeka je cała długa podróż autobusem przez wschodnią Turcję do miasta Gaziantep z którego do Syrii już rzut beretem.


W międzyczasie udało im się odwiedzić ambasadę syryjską w Erewaniu gdzie bardzo miły pan poinformował je że "you can get visa on the border without any problem". To wreszcie wygląda na w pełni wiarygodną informację. Ja mimo wszystko nie żałuję że moja syryjska wiza jest już w moim paszporcie w szufladzie :)


Ponoć Armenia pod względem kulinarnym stanowiła rozczarowanie w porównaniu z Turcją i Gruzją. Ich kuchnia jedynie kopiuje sąsiadów a nawet te kopie są raczej nieudolne i w dodatku drogie. Na szczęście teraz już do końca zostały tylko kraje w których można zjeść same dobre rzeczy.


No i ponoć monastyrów mają już dość. No to teraz meczety

wtorek, 3 sierpnia 2010

Erewań tam i z powrotem

Ucieszyłem się, że może teraz będę wyręczany w pisaniu już na stałe ale nic z tych rzeczy ;) Uzupełniając ostatni wpis Agnieszki mogę dodać że w Armenii są już od piątku. W Erewaniu mieszkają u irańskiego rysownika Alego który ma sporo wolnego czasu więc oprowadza dziewczyny po mieście i gotuje im irańskie specjały (bo ponoć ormiańska kuchnia tylko kopiuje kuchnię sąsiednich krajów i nic nowego nie wnosi). Sporo czasu spędziły też z trójką Niemców którzy również mieszkali u Alego. Były z nimi np. na ormiańskim disco.. W ogóle nie wiem czy powinienem się cieszyć z tak zmaskulinizowanego towarzystwa?


Dziś z kolei dziewczyny pojechały nad położone na 2000 m.n.p.m. jezioro Sewan w którym mogły się wykąpać w chłodnej wodzie i generalnie odpocząć od wszechobecnych upałów. Spotkały tam również hmm wyżej wymienionych Niemców. Dalsze plany (już bez Niemców jak sądzę) to wycieczka w stronę Araratu gdzie jest jeszcze kilka zabytkowych monastyrów do obejrzenia, no i okazja do przyjrzenia się położonej na terenie Turcji świętej górze Ormian z bliska.






Dwa nowe odkrycia z Erewania to grająca i świecąca fontanna (choć Ania twierdzi że we Wrocławiu jest lepsza, w sumie w Krakowie na pl. Szczepańskim też coś takiego jest ale jeszcze nie widziałem jak świeci) i muzeum tamtejszego reżysera Siergieja Paradżanowa który nie tylko kręcił filmy ale też rysował.


Zdjęć tym razem niestety nie ma, a kolejne wieści pewnie w okolicach czwartku. Tymczasem w Krakowie zaczynam powoli przedwyjazdowe zakupy, wysłałem też kilka wiadomości do potencjalnych hostów w Bejrucie bo to najdroższe miasto na trasie a chwilę trzeba będzie tam spędzić.

niedziela, 1 sierpnia 2010

W cieniu Araratu

Przedwczoraj porzuciłyśmy na chwilę Gruzję i wjechałyśmy do Armenii. Tak wygląda krajobraz w drodze do stolicy. Ogromne, raczej puste, pastwisko, z ktorego można podziwiać świętą górę Ormian, leżącą jak wiadomo poza granicami kraju i póki ten stan sie nie zmieni, ogromny pomnik "Matki Armenii" stojacy na wzgorzu w Erewaniu bedzie grozil mieczem Turcji. A my, z powodu zamkniętej granicy musimy mocno nadkładać drogi do Syrii.
Wracajac do Araratu, ta góra robi naprawdę ogromne wrażenie. I jest nieźle eksploatowana: po trzech dniach odkryłyśmy bank, hotel, koniak, restaurację i lokalną druzyne pilki nożnej o tej nazwie. No i oczywiscie pocztówki, makatki, kubki, graffiti na murze. Ararat jest wszędzie.

czwartek, 29 lipca 2010

Co za niesamowite miejsce!

Dzisiejszy sms od Agnieszki mówi, że nocują za zgodą mnicha pod gołym niebem w klasztorze Cminda Sameba pod Kazbekiem (nieczynny wulkan pow. 5000 m n.p.m). Jak wpisałem nazwę do google'a i zobaczyłem zdjęcia to stwierdziłem że nie ma tu o czym pisać. To trzeba po prostu zobaczyć! Co za miejsce, ja też chcę tam być!!!






wtorek, 27 lipca 2010

Relacja prosto z Tbilisi!

No to teraz moja kolej! A co! Ja tez umiem... chyba. Bedzie relacja na goraco. Od wczoraj jestesmy w Tibilisi, urzekająco piękne i calkowicie zmienia moje dotychczasowe zdanie o Gruzji. Chociaz nie obylo sie bez zaskoczenia. Bo Tibilisi nie wyglada na stolice. Raczej ogromna wioske z uliczkami pelnymi drewnianych domkow, poustwaianych jeden na drugim, z ganeczkami, schodkami, bramami i drzwiami, pelno winorosli. Dobrze musi byc tu we wrzesniu, jak juz te wszystkie winogrona dojrzeja. No i zycie toczy sie na ulicy. Starsze panie siedza sobie i gadaja, dzieciaki biegaja, no i w ogole je sie, spi, spotyka na podworkach. I nikt nie ma nic przeciwko zdjęciom.

Tbilisi

W przerwie między kolejnym podrozdziałem (jednym z ostatnich na szczęście) pracy mgr krótka informacja prosto z Gruzji. Tak jak się spodziewałem Gruzja rozkręciła się a Tbilisi to niezwykła stolica w której poza główną aleją i blokowiskami resztę zabudowy miejskiej stanowią drewniane domki z werandami i balkonami. Po przyjeździe dziewczyny ulokowały się w hostelu, a dzisiejszy dzień miały spędzić m. in. w muzeum etnograficznym i na bazarze.


Wcześniej było Kutaisi i niezwykłe skalne miasteczko Upliscyche, no a teraz po Tbilisi szykuje się wyjazd do Kachetii - regionu Gruzji z największą ilością winnic (a gruzińskie wino ponoć dobre i słodkie). Następne dwa dni natomiast zostały przeznaczone na gruzińską drogę wojenną i Kazbegi. Tyle chyba takiego suchego wpisu, ale po skleceniu prawie 30 stron w ciągu kilkudziesięciu godzin pisanie naprawdę jest ostatnią rzeczą na jaką mam teraz ochotę :)

sobota, 24 lipca 2010

Putin zastrzelił Kaczyńskiego zza krzaka

Taka właśnie niemalże oficjalna wersja wydarzeń ze Smoleńska obowiązuje w Gruzji. Gruzini ponoć współczują nam nieodżałowanej straty na każdym kroku i ten temat poruszany jest w każdej rozmowie. Teraz dziewczyny są w miejscowości Kutaisi, z której pochodzi znana piosenkarka Katie Melua (na której koncert w Poznaniu zresztą wybieramy się w listopadzie). Z Batumi do Kutaisi dojechały elektriczką.


Sama Gruzja na razie nie zachwyca ale rozkręca się. Batumi okazało się być postkomunistycznym miastem, placem budowy pozbawionym asfaltowych dróg za to pełnym śmieci. Dojazd do niego okazał się całkiem kłopotliwy ze względu na autobus z Turcji który wysadził dziewczyny na granicy i "miał czekać po drugiej stronie". Niestety ponieważ były jedynymi pasażerkami kierowca stwierdził że nie opłaca mu się jechać do Batumi i zawrócił sobie do Trabzonu. Do Batumi w padającym deszczu dziewczyny dojechały już miejskim autobusem (na szczęście to już niedaleko).


Nocleg w Batumi także był emocjonujący: kwatira polecona przez dworcowych taksówkarzy okazała się być rozpadającą się ruderą zamieszkałą przez całe mnóstwo różnych dziwnych osób. Komoda w pokoju pełna tajemniczych lekarstw a nad łóżkami, z których wystawały sprężyny na ścianie, był sobie fresk. Na domiar złego gospodyni wyjaśniła, że w sąsiednim pokoju śpi diediuszka "podłączony rurkami do plastikowych butelek". Cieszę się że dziewczyny już zmieniły otoczenie.


Na szczęście to co dalej w Gruzji, zapowiada się ciekawiej. Po Kutaisi następne powinno być Tbilisi (przypuszczam że w poniedziałek). Stamtąd liczę na obszerną relację którą na pewno się podzielę. Swoją drogą ciekawe czy jak w Gruzji smakuje chaczapuri. Muszę zapytać przy najbliższej okazji.

piątek, 23 lipca 2010

Gruzja!

Już w Gruzji! Od razu zmienił się klimat, Batumi przywitało dziewczyny deszczem i wielkim portretem Stalina na dworcu. Niestety dalej nie mogę poczęstować zdjęciami, mam nadzieję że najpóźniej z Tbilisi otrzymam duży pakiet i zamiast pisania będę mógł przedstawić fotorelację. Zamiast tego poglądowa mapka Gruzji z zaznaczoną tradycyjnie "przypuszczalną trasą", którą oczywiście nie należy się sugerować bo na pewno okaże się zupełnie inna.
Do Batumi dziewczyny dojechały już we dwójkę, jak chwaliła się Aga po długich targach w siedmiu dworcowych biurach w których kupuje się bilety udało im się stargować bodajże z 25 lir na 19. Podróż miała trwać jakieś 5 godzin. Żal im było wyjeżdżać z Turcji, okazała się być przeciekawym i bardzo gościnnym krajem. Szczególnie pobyt w pozornie nieciekawym Trabzonie w "hotelu" u rumuńskiego księdza gdzie m.in. Aga uczyła angielskiego czasu Present Simple za pośrednictwem tłumaczenia z francuskiego na turecki (przez księdza) dwie Turczynki. Wydaje się że tak pewnie będzie z każdym krajem przy opuszczaniu go, przynajmniej mam nadzieję że tak będzie że rzeczywistość okaże się lepsza niż wyobrażenia.


Gruzja natomiast wydaje mi się w aktualnej sytuacji politycznej krajem który powinien być dla Polaków niezwykle przyjazny. Trzeba tylko dobrze nauczyć się dwóch kluczowych słów "Lech Kaczynski". Powinny otwierać wszystkie drzwi, może również do pałacu prezydenta Saakaszwiliego..


Tymczasem w Krakowie zebrałem już wszystko co potrzebne do syryjskiej wizy, w tym zdjęcia i zaświadczenie z pracy (tak jakby moim największym marzeniem było szukanie pracy w Syrii). Jedyny problem że przypuszczalnie trzeba będzie się pofatygować do Warszawy po tą wizę. Dziewczyny będą próbowały załatwić ją sobie w Tbilisi.


Tyle na dziś, kolejne newsy pewnie w weekend. Tymczasem zapraszamy na zaprzyjaźnionego bloga:
http://ja-nowa-milnova.blogspot.com/ (nigdy nie pamiętam gdzie jest "w" a gdzie "v")

wtorek, 20 lipca 2010

Trabzon & sprostowania

Nadarzyła się pierwsza okazja żeby porozmawiać z Agnieszką na skypie, więc była też okazja do weryfikacji faktów których wcześniej musiałem się domyślać. Okazało się, że nieumyślnie wprowadzałem czytelników błąd bo dziewczyny są nie w Trabzonie tylko Trabzonowicach pod Grajewem.


Ok, aż tak nie. Niemniej okazało się że mylnie określiłem blondyna z brodą na jednym ze zdjęć we wpisie o Stambule "panem Markiem kierowcą TIR-a". Tymczasem obaj panowie to owi znajomi Ani którzy udają się do Iranu i z którymi dziewczyny podróżują nadal, dopiero w czwartek mają rozjechać się w swoje strony. Drugi błąd dotyczy mapki gdzie błędnie zaznaczyłem że były w Ankarze (ale tam usprawiedliwiłem się że to tylko moje przypuszczenie najbardziej prawdopodobnej wersji zdarzeń). Jak się okazało trasa biegła głównie wybrzeżem a Ankara została pominięta. No i trzecie: wcale nie są jeszcze w Gruzji, korzystają z uroków i luksusów Trabzonu a do Batumi wybierają się dopiero w czwartek (chociaż znowu mogę wprowadzać w błąd bo wg Agi dziś jest poniedziałek). Może ja lepiej nic nie będę pisał :)


W każdym razie przed ostatecznym wyjazdem z Trabzonu planowana jest wycieczka do położonego w górach klasztoru Sumela. Potem przez Rize do Batumi w Gruzji. Od momentu rozstania z chłopakami koniec z podróżami autostopem, choć taka forma jest kusząca bo w Turcji działa on ponoć doskonale - kierowcy zatrzymują się, częstują jedzeniem i czajem, biorą nawet 4 osoby do jednego auta, na pakę, wszystko jedno.


Dostałem jeszcze polecenie przekazania czym to w tej Turcji się raczą: otóż Aga poleca zupę (ciorbę) z soczewicy oraz lachmadzun czyli coś w rodzaju tureckiej pizzy. Kupiła też na bazarze zupełnie niepraktyczną rzecz do wożenia przez ponad miesiąc czyli... czajnik do czaju. Ponoć to już uzależnienie.


Tymczasem w Krakowie mam za sobą spotkania w trzech firmach-przypadkach do pracy magisterskiej. W tym celu byłem wczoraj w Ożarowie Mazowieckim i Łodzi, a dziś na rogatkach Ruczaju. No ale wreszcie mam wszystkie dane żeby skończyć w lipcu pisać, a wtedy będę mógł się w pełni poświęcić czytaniu o arabskich krajach. Mam nadzieję że od 7-go sierpnia wpisy na blogu będą już tylko po arabsku.


PS. Może jutro uda się wrzucić jakieś autentyczne zdjęcia.

niedziela, 18 lipca 2010

Dalej przez Turcję

Krótka informacja bo i treści zbyt dużo do mnie nie dotarło. Wszystko przebiega dobrze. Dziewczyny wczoraj opuściły pociągiem Stambuł, a obecnie stopem dotarły w okolice miasta Trabzon w północno-wschodniej Turcji. To około 1000 kilometrów! Dziś udało im się nawet zaliczyć kąpiel w Morzu Czarnym, czyli po turecku Kara Deniz. Mimo ograniczonych informacji patrząc na mapę mogę przypuszczać że już jutro będą chciały przekroczyć granicę gruzińską. Poglądowa mapka poniżej. Tym razem bez zdjęć i tak pozostanie aż do kolejnego miejsca z dostępem do internetu.

piątek, 16 lipca 2010

Stambuł & byle Spitsbergen

Nie, wcale nie dlatego tak długo trwał w końcówce dojazd do Stambułu. Zdjęcie po lewej zostało oczywiście zrobione podczas postoju, z mam nadzieję wyłączonym silnikiem. Pan Marek widoczny w środku na zdjęciu poniżej zrobił sobie dłuższą przerwę na granicy bułgarsko-tureckiej, w związku z czym dziewczyny odłączyły się od niego. Spotkały natomiast dwójkę znajomych Ani z którymi dwoma tirami dotarli do Stambułu dziś bladym świtem.

Trzydniowa podróż przez ponad 2000 km była bardzo wykańczająca, ale dziewczyny cieszą się że przebiegła sprawnie i bez problemów. Dalszy plan jest taki że wraz ze znajomymi Ani udadzą się aż do Trabzonu, miasta nad Morzem Czarnym we wschodniej Turcji, prawdopodobnie już w piątek wieczór. Taka forma podróżowania w czwórkę wydaje się być faktycznie bezpieczniejsza, zwłaszcza w obliczu dość natrętnej gościnności Turków z którymi jednak ciężko się dogadać. 


Stambuł naturalnie piękny, sam chciałbym tam teraz być. Kilka zdjęć poniżej które dostałem dziś wieczór na maila robi wrażenie, szczególnie ogromna Hagia Sophia. Oczywiście są też akcenty kulinarne: herbata nad Bosforem i stragan z tureckimi łakociami.

Tymczasem w Krakowie pomyślałem sobie żeby zmienić nazwę bloga na "byle nie Syria, Liban i Jordania". Jeśli te polskie upały nie są nawet przedsmakiem tego co czeka nas na Bliskim Wschodzie to ja się pakuję i lecę na Spitsbergen :) Ale z drugiej strony czytam w przewodniku o kolejnych niesamowitych miejscach i nie mogę się doczekać wylotu.

Kolejne wieści na pewno już jutro :)

wtorek, 13 lipca 2010

Jutro w Stambule!

Podróż przebiega dziewczynom bardzo sprawnie. Dziś jechały przez przełom Aluty, przekroczyły ten wspaniały most na Dunaju (co ciekawe zdjęcie zaczerpnięte ze strony www.krupnik.pl) i z Rumunii przedostały się do Bułgarii. W podróży nadal pomaga im pan Marek, kierowca TIR-a który wiezie je z Głogoczowa aż do Stambułu gdzie ma je odebrać Sabri. A żeby było kulinarnie to Aga donosi, że dziś na kolację robili grilla :)


Tymczasem w Krakowie kupiłem dziś przewodnik "Jordania Liban Syria" i zaraz zaczynam lekturę!


Uaktualnienie: ze względu na długi postój na granicy bułgarsko-tureckiej do Stambułu dotrą dopiero jutro. Ale humory dopisują :)

poniedziałek, 12 lipca 2010

Lista - o co chodzi & Wyruszyły

Lista zaczęła powstawać bardzo szybko i w zasadzie bardzo chaotycznie. Wystarczy, że w dowolnym momencie przyjdzie nam do głowy dowolne miejsce co do którego zgadzamy się że koniecznie musimy tam być. 
Na przykład na pewno przyszło do głowy coś podczas uwiecznionego na zdjęciu przygotowywania czereśniowo-pistacjowo-kokosowych muffinów. Sama lista też nie jest listą ponumerowaną i usystematyzowaną. Pewnie mało kto może się w niej połapać poza nami. Nie będziemy zdradzać co na niej widnieje, powiemy tylko że są tam obok siebie zarówno miejsca oddalone od Krakowa o kilka jak i kilkanaście tysięcy kilometrów. I jak już pisaliśmy wcześniej już odwiedzone miejsca wcale z niej nie znikają tylko, jeśli są tego warte, dopisywane są na nowo.


W międzyczasie Aga i Ania wyruszyły dziś w drogę, Stambuł okazuje się na razie być łatwiejszym celem niż zdawało się jeszcze wczoraj. Już w Głogoczowie dziewczynom udało się złapać TIR-a, który zawiezie ich do samej Turcji. W samym Stambule o nocleg też nie muszą się martwić dzięki pomocy Uli :) Kolejne wieści z trasy będę publikował najszybciej jak to możliwe aż do czasu mojego wyjazdu. Ale to jeszcze ponad miesiąc.


Uaktualnienie: już są w Rumunii. W takim tempie mają szansę dotrzeć do Stambułu już jutro wieczór.

sobota, 10 lipca 2010

9 miast i 11 linii czyli tramwajami po GOP-ie

Środek tygodnia, 30 stopni w cieniu i piekące słońce? Pewnie mało kto wybrałby taki dzień na realizację drugiego punktu listy – tramwajówki po Górnym Śląsku. Ale jako że czasu mamy mało nie mogliśmy wybrzydzać. I dobrze bo choć na koniec dnia woleliśmy spacer po torach niż czekanie na kolejny tramwaj, to jednak zarówno pomysł jak i cały dzień okazał się rewelacyjny.

Nie będziemy opisywać chronologicznie trasy, to można zobaczyć na załączonym rysunku. Ciekawiej linia po linii, zgodnie z tradycyjną numeracją.

Jedynką mknęliśmy z Zabrza do Rudy Chebzia – niesamowitej pętli na której tramwaje manewrują w gęstym sadzie. Trójka kołysała się po wąskich ulicach centrum Zabrza, spod sklepu wędkarskiego Leszcz pod sklep rybny Pstąg – miejsce rodem z epoki mintaja na kartki. Piątka – nierealny przejazd przez dzikie łąki między Bytomiem a Zabrzem gdzie pasą się konie, przez długi czas nie widać śladu człowieka a po szybach pojedynczego wagonu szorują bez przerwy gałęzie. Obstawiona w całości przez nowoczesne składy szóstką jechaliśmy na gapę z Brynowa i na katowicki rynek gdzie po wizycie w sklepie Społem wcinaliśmy wedlowską „Magurę”. A później, przysypiając, aż do Bytomia.

Duży przeskok i mamy dziesiątkę która pojedynczym torem z mijanką na Bykowinie i pod Kafauzem pokonuje całą Rudę aż po Świętochłowice. Trzynastką symbolicznie jeden przystanek spod Spodka gdzie wieczorem siatkarze polegli z Niemcami. Za to czternastkę wykorzystywaliśmy aż trzykrotnie w zupełnie różnych miejscach. Oczywiście najciekawsze to ostatnie: wieczorny przejazd z Szopienic, pod malutkim wiaduktem kolejowym aż po puste i zakurzone ale bardzo urokliwe Mysłowice. Piętnastką dotarliśmy pod granicę którą dla bezpieczeństwa przekroczyliśmy na nogach. Sosnowieckie stawiki – idealne na odsapnięcie przy zimnym Tyskim (oczywiście) i sezamkach.


Osiemnastka to droga przez Bytom nad którym wypada się na chwilę zatrzymać bo jest miastem z potężnym potencjałem, będąc tam co chwilę odkrywa się coś niezwykłego. Secesyjną szkołę, kamienice przy dworcu i powstającym centrum handlowym, jedyny prawdziwy rynek z przeciętną niestety pizzerią, halę peronową bez choćby jednego pociągu oraz prawdziwą perełkę – Bobrek. Kolonię górniczą na której czas zatrzymał się 30 lat temu, dzieci biegają po podwórkach za szmacianą piłką, matki siedzą na schodach z wózkami, z okiem spadają arbuzy a cały ten krajobraz przesłania prawdziwy śląski pył. Dziewiętnastka zawiozła nas do chorzowskiego parku – ogromnej połaci zieleni, wody. Miejsca gdzie tramwajem jeździ się na obozy harcerskie. Dwudziestki, choć przejazd trwał jakąś godzinę, właściwie nie pamiętamy. Widać nie warto jeździć tramwajami o tak wysokich numerach.

Ach ten Bobrek!

piątek, 9 lipca 2010

Jak to się wszystko zaczęło

Jak to się wszystko zaczęło? Od tygielka do kawy i to wcale nie od Arabów, tylko z Nowego Sącza, od powodzi, od babeczek, pewnego wesela, a ściślej mówiąc dwóch, Krupciówki, meczu Słowacja-Włochy, Gorczańskiej Chaty i pizzy w kinie Drabina. I od Spitsbergenu właśnie, ale dlaczego nie ma go na naszej liście, to już tajemnica.

I tak pewnie nie ma tam zbyt wielu dobrych rzeczy do zjedzenia. A już tak to jest, że miejsca ludzi i zdarzenia pamięta się często przez smaki, zapachy i to co, gdzie i jak się razem jadło. Jak ktoś mądry napisał: "Jedną z przyjemności podróżowania jest odkrywanie miejsc spożywania posiłków". Podpisujemy się pod tym czterema rękami.


Co do naszej listy, miejsc przybywa, ale już niedługo zaczniemy je w końcu skreślać. No, coś tam skreśliliśmy już, ale nie uprzedzajmy faktów. Najważniejsze że miejsc przybywa o wiele szybciej niż ubywa i że te skreślone dopisujemy od razu z powrotem...